Izo
Rue tak naglę wyszedł z domu, widać było że jest wściekły. Przybrana matka Rue wyjaśniła że wolała żeby do spotkania doszło w naszym domu, żeby "było na neutralnej ziemi". Nie mogłem przestać się martwić o Rue, podobno nie wrócił do domu... Tej nocy również nie mogłem spać, łopatki strasznie mnie bolały więc też nie mogłem się położyć a na brzuchu jest mi nie wygodnie. Postanowiłem wziąć jakąś książkę i usiadłem przy biurku. Chociaż tyle że jutro jest niedziela i nie trzeba iść do szkoły... Eh będę musiał się przyzwyczaić że teraz mam tylko jeden dzień wolnego. W pewnym momencie usłyszałem krople deszczu obijające się o moją szybę aż zaczęło coraz mocniej padać. Okno było uchylone więc podszedłem żeby je zamknąć, w tym właśnie momencie ujrzałem Rue klęczącego w swoim ogrodzie, w tym deszczu. Nie myśląc długo chwyciłem pierwszą lepszą bluzę i wybiegłem na zewnątrz. Żywopłot nie był wysoki więc przez niego przeskoczyłem
- Rue! - Krzyknąłem przechodząc przez żywopłot, gdy się odwróciłem ujrzałem u niego wielkie kruczoczarne skrzydła, a z pór kapała jakaś ciemna maź trudno było mi określić jej kolor gdyż było ciemno. Poślizgnąłem się na śliskiej trawie i upadłem na ziemie. Chłopak się odwrócił, wnioskując po minie nie spodziewał się mojej obecności. Podniósł się, powoli do mnie podszedł i pomógł mi wstać. Nie wiedziałem co powiedzieć, na połowie jego twarzy widniał jakiś dziwny wzór na dodatek te skrzydła, z bliska ta maź wydawała się mieć kolor czerwony. Rue się natychmiastowo odwrócił i odszedł kilka metrów ode mnie
- Nie chcę żebyś mnie takiego widział, proszę...
- Rue, ty...?
- Wróć do domu, cały przemokłeś... Przeziębisz się jeszcze
- Rue...
- Izo, proszę, zostaw mnie na razie samego
- Ale ja nie chcę! - powiedziałem po czym poczułem mocny ból w plecach, jakby coś mnie uciskało. Upadłem na kolana
- Izo... Co się dzieje?
- M... Moje plecy... Tak strasznie mnie bolą... - wydukałem, Rue szybkim lekko chwiejnym krokiem podszedł do mnie i przykucnął. Chwycił suwak od bluzy, rozpiął ją i zdjął... Gdy to zrobił miał dosyć dziwną minę - C..Coś nie tak? - spytałem zdezorientowany, ból jakby odrobinę ulżył
- Jesteś... Aniołem
- S... Słucham?
- Masz, skrzydła... Dosyć małe jak na twój wiek, ale mimo wszystko - powiedział po czym mnie delikatnie objął
- C...Co? Jakie znowu skrzydła... Jak?
- To już wyjaśnią ci twoi rodzice... Nie ja... Zbierajmy się stąd. Przeziębisz się - powiedział i ponownie pomógł mi wstać
- Rue... Co to jest za maź? - musiałem zapytać, wyglądało to zbyt przerażająco, wolałem się upewnić
- Symbolizuje krew
- K...Krew?
- Porozmawiamy w moim pokoju - oznajmił po czym wziął mnie na ręce "na księżniczkę" i zaniósł do środka. Postawił mnie na łóżku a sam zaczął grzebać za czymś w szafie. W jego pokoju było spore lustro, wstałem i do niego podszedłem. Rzeczywiście, z moich pleców wyrastała para białych skrzydeł. Nie mogłem się napatrzeć na to, nie miałem pojęcia, skąd one się pojawiły... Czy to to było przyczyną moich bólów pleców. W pewnym momencie Rue zaczął się przebierać, próbowałem się na niego nie patrzeć. Po chwili chłopak zarzucił na moją głowę ręcznik i zaczął delikatnie wycierać. Zacząłem robić się czerwony co widziałem w lustrze - Powinieneś wziąć ciepły prysznic, zmarzłeś - oznajmił na co przytaknąłem - Najlepiej ze mną. Możesz zemdleć, wolę cię pilnować - dodał po chwili
- H...Hę? N... Nic mi nie będzie - wydukałem czerwony jak burak... Wspólny prysznic? Przecież jesteśmy razem dopiero niecały jeden dzień
- Cały się trzęsiesz i jesteś blady... Prawdo podobnie przez tak nagłe "wyrżnięcie się skrzydeł... Jednak wolę być pewny że nic ci się nie stanie - Nie ważne co powiedziałem cały czas zostawał przy swoim. Nie miałem wyjścia więc w końcu się zgodziłem. Mimo wszystko gdy się rozbierałem nie zdjąłem bokserek... Ale nie przewidziałem tego że on raczej będzie nagi... Jesteśmy razem dopiero jeden dzień, stanowczo za wcześnie na takie rzeczy jak wspólny prysznic - Po co ci bielizna?
- N... Nie chcę żebyś to źle odebrał ale... Wstydzę się
- Czego? Obaj jesteśmy facetami. Gdybyś był kobietą to by jeszcze było zrozumiałe - powiedział po czym sam zdjął moją bieliznę, znowu zrobiłem się cały czerwony - Wszystko w porządku?
- T... Tak - Mruknąłem zawstydzony, po czym weszliśmy do kabiny
- Pomóc ci się umyć czy dasz sobie radę?
- N... Nic mi nie będzie... Dam sobie radę - Jeżeli jeszcze zacząłby dotykać mojego nagiego ciała to chyba zszedł bym tu ze wstydu... Jeszcze zacząłbym się dziwnie zachowywać albo coś... Mimo tego co powiedziałem chłopak zaczął mi myć plecy
- Pomogę ci tylko przy skrzydłach, widocznie nie potrafisz ich jeszcze chować - oznajmił łagodnie myjąc część przy łopatkach. Z jakiegoś powodu przez cały ten czas miałem dziwne myśli jakby za chwilę miałoby się "coś stać" ale jednak prysznic przebiegł w miarę "normalnie" o ile "normalnie" można nazwać to jak para która jest ze sobą jeden dzień bierze razem prysznic... Chłopak owinął mnie ręcznikiem i powiedział żebym podszedł do jego pokoju gdzie da mi suche ubrania - Mogą być trochę za duże, mniejszych nie mam - oznajmił podając mi jakieś dresy i koszulkę z długim rękawem
- Nic nie szkodzi, dziękuję - Rue jeszcze oznajmił że idzie wywiesić mokre ciuchy i za chwilę wróci, w tym czasie ubrałem się. Spodnie miały sznurek więc jeszcze jakoś się trzymały na mnie ale bluza dosłownie na mnie wisiała na dodatek miała za długie rękawy. Usiadłem na łóżku i czekałem aż Rue wróci...
Rue
Nie miałem ochoty rozmawiać o tym, że jestem demonem, więc miałem cichą nadzieję, że Izo zaśnie. Cicho przemknąłem przez korytarz i salę główną, by wejść do pralni. Bardzo powolnie powiesiłem jego ubrania i jeszcze wolniej szedłem do pokoju. Niestety, chłopak siedział na łóżku. Te jego skrzydła były naprawdę rozkoszne... Prawdopodobnie mu jeszcze urosną, więc miałem nadzieję, że nie dostanie na ich punkcie kompleksu. Chociaż nie miał powodu, ponieważ były śnieżnobiałe, a takich się nie czepiano. Usiadłem obok niego i delikatnie gładziłem po plecach.
-Rue... dlaczego... dlaczego masz czarne skrzydła?...
Nie chciałem mu o tym mówić, chociaż tak czy inaczej dowiedział by się. Wolałem osobiście mu to wyjaśnić.
-W wieku pięciu lat, dowiedziałem się, że moi rodzice żyją, a do tego mają trzy letniego syna... Znienawidziłem ich wtedy, pragnąłem, aby on zmarł, oni wszyscy zmarli. Od zawsze wiedziałem, że byłem aniołem, ale w tamtym momencie... Moje skrzydła stały się czarne. Nawet teraz pragnę, by zniknęli...
Izo nic nie odpowiedział, tylko mocno mnie przytulił. Nie rozumiałem jego zachowania. Przecież zostałem demonem... a nawet przy pierwszej lepszej okazji mógłbym zaatakować biologiczną rodzinę. Położyłem się rozkładając skrzydła i przy okazji pociągnąłem Izo w swoją stronę, więc leżał teraz na mojej klatce piersiowej.
-Nie... nie przygniatam ci... skrzydeł?...
-Nie martw się o to, nie mam w nich czucia. Mało kto ma.
-Uhm...
-Ah, właśnie. Nie chcesz innej koszulki? Ta odsłania ci prawie całą klatkę piersiową.
-Nie ma takiej potrzeby...
Po chwili leżał przytulony do mojego torsu i spał. Martwiłem się o to, co powiedzą jego rodzice o mnie. W końcu chociaż jedno musi być aniołem, chociaż prawa zabraniały zawierać związków z ludźmi. Zasnąłem po godzinie, a rano Izo już nie posiadał skrzydeł. W sumie to dobrze. Mógłby nimi coś strącić. Swoje schowałem i usiadłem na łóżku przecierając oczy. Wyspałem się. Naprawdę się wyspałem. Uśmiechnąłem się nawet z zadowolenia. Zerknąłem na śpiącego chłopaka. Wyglądał spokojnie, więc pochyliłem się nad nim i cmoknąłem w policzek. Obudził się patrząc na mnie z przymrużonymi oczami.
-Przepraszam, obudziłem cię?
-Niee...
Brzmiał naprawdę sennie. Westchnąłem przeciągle znów się kładąc. Chłopak położył głowę na moim ramieniu.
-Ej... nie ma mowy, że znów pójdziesz spać. Wstawaj... śpiochuu...
Opuszkami palców musnąłem jego usta. Były naprawdę delikatne i mięciutkie. Przypomniałem sobie byłego chłopaka Izo.
-Ten "Kevin" nawet nie wie, co stracił...-burknąłem odwracając się w stronę złotookiego.
Uśmiechnąłem się do niego, na co odpowiedział rumieńcem. Był naprawdę uroczy.
-Nie leń się tak... Wstawaj bo cię dokładnie obmacam...
Chłopak w momencie usiadł, ale po chwili przecierał leniwie oczy.
-Częściej się uśmiechasz...-szepnął.
Przysunąłem się do niego.
-Doprawdy?...
Koniec końców wstaliśmy a ja dałem Izo inną bluzkę. Może nie było lepiej, ponieważ także była długawa, ale nie z aż takim dekoltem. Zszedłem z nim do salonu. No proszę. Znów moi prawdziwi rodzice... tym razem obok nich siedział jakiś chłopak. Prawdopodobnie mój młodszy brat. Ze spokojem usiadłem na kanapie, a złotooki obok mnie. Kobieta była nieco poddenerwowana.
-Ja... ja naprawdę... naprawdę chciałam cię zatrzymać, Rue. Wiesz jednak, jakie są przepisy, jesteś w końcu aniołem, prawda?...-zapytała cicho.
-I tak, i nie. Byłem nim, do momentu poczucia do was szczerej nienawiści. Moje skrzydła stały cię mocno czarne, a to dzięki wam, drodzy rodzice...
Mężczyzna widocznie postanowił włączyć się do dyskusji.
-Wierz nam, naprawdę pragnęliśmy cię wychować...
-Oh... doprawdy? A ten chłopak obok was?
-To prawdziwy anioł, stracił rodziców, którzy także nimi byli, postanowiliśmy się nim zająć...
Potem wrócili moi "rodzice". Stwierdzili, że ten chłopak, jak się okazało Kai będzie u nas przez miesiąc... Cudownie... nie miałem ochoty go oglądać. Szybko pociągnąłem Izo za sobą i wszedłem z nim do kuchni robiąc śniadanie. Złotooki grzecznie siedział na blacie.
-Nie chcesz z nim porozmawiać?
-Z kim niby?
-No ze sw...
Chłopak nie skończył, gdy do pomieszczenia wszedł Kai. Od razu się do mnie przykleił. Prawie się poparzyłem, gdy znienacka mnie przytulił...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz